czwartek, 13 marca 2014

Rozdział XVI cz. 2




***

- Patricku... - zaczęłam. - Miałam szybko skorzystać z biblioteki i wrócić do pracy... - sięgnęłam po filiżankę kawy, jaką dopiero co postawił przy mnie barman i nerwowo, mimo iż nie słodziłam, zamieszałam w niej łyżeczką. Jak miałam dyplomatycznie wytłumaczyć mu, że jego podchody, owszem - były miłe i czułam się na swój sposób wyróżniona i nimi podekscytowana, - lecz mimo wszystko burzyły mój napięty harmonogram dnia? Mogłam sobie pozwolić na zabawę na jego zasadach w weekendy lub wieczorami. W ciągu dnia jednak pracowałam i miałam w planach doktorat (w co sam mnie przecież uwikłał). Musiałam jakoś się utrzymać i nie mogłam pozwalać sobie na wagary.
Siedzieliśmy w kameralnej kawiarni, znajdującej się tuż przy głównym gmachu biblioteki uniwersyteckiej. Z głośników sączyła się popowa muzyka, która splatała się z gwarem wchodzących i wychodzących z naręczem książek studentów. Przytulne (jak na uczelniane warunki) pomieszczenie wypełniał aromat świeżo zaparzonej kawy. Wpatrywałam się w bukiecik eustom, które kelner wetknął w szklany wazonik i zastanawiałam się jak to możliwe, że taki facet jak Patrick, osoba wykształcona, z pozycją bawi się w romantyczne gesty wobec swojej pracownicy.
- Mogę zaoferować ci swoje zbiory. Zapewniam, że są bogatsze niż tutejsze. I lada dzień wylądują w Kolonii - odparł ze stoickim spokojem. Wpatrywał się we mnie znad subtelnych kwiatów oddzielających nas od siebie. Jego spojrzenie było pełne skupienia i intensywności, oczy błyszczały i nęciły błogim żarem.
Myśli kotłowały mi się w głowie. Nie wiedziałam dokąd tak naprawdę zmierzamy. Mój umysł wyłapał jednak informację o tym, że prawdopodobnie przeprowadza się na dłużej do Kolonii. Chcąc nie chcąc ta sugestia napawała mnie jakimś niewyjaśnionym optymizmem.
- Czego ty ode mnie tak naprawdę oczekujesz? - zapytałam próbując nie odnosić do jego aluzji.
Uniósł pytająco brew. Upił łyk kawy. Wzruszył ramionami.
- Dzisiaj? Dzisiaj oczekiwałem lunchu w towarzystwie zmysłowej kobiety - rzucił. Niedbale przeczesał włosy i spojrzał na mnie filuternie.
W towarzystwie zmysłowej kobiety... Zdławiłam wszechogarniającą mnie żarliwość.
- Patricku. Doceniam twoje starania. Nie wiem jaki jest ich cel, nie mam czasu się teraz nad nimi zastanawiać... Ale ja nie mogę się od ciebie uzależniać tylko dlatego że... - kontynuowałam swoją tyradę szukając odpowiednich słów.
Tylko dlatego, że zostaliśmy kochankami?
Tylko dlatego, że... spragnieni kolorytu zabawiliśmy się w jakąś baśniową historię?
- ... że? - uśmiechnął się łagodnie lecz z nieskrywaną satysfakcją. Bawił się moim zakłopotaniem, co mnie jeszcze bardziej irytowało.
- Na litość boską, Patricku! - oburzyłam się  starając się zignorować jego próbę flirtu. - Dobrze wiesz dlaczego! Jesteś moim przełożonym... - zniżyłam głos. - Ja niebawem mam zostać twoją studentką... nie wiem jak ty się na to zapatrujesz, ale ja w życiu kieruję sie jakimiś zasadami.
Które i tak już mocno naciągnęłam, dodałam w myślach.
- W życiu trzeba być, jak określają to Francuzi flexible. Wykładowcę i pracodawcę zawsze można zmienić - mrugnął do mnie znacząco okiem.
- Lubię jednego i drugiego i nie zamierzam ich zmieniać - odparłam zupełnie szczerze znad filiżanki kawy. - Patrick... ja już naprawdę mam dosyć poświęcania się dla facetów. Dosyć wyrzeczeń, z których i tak nic nie wynika. Mam ambicje, które chciałabym zrealizować - dodałam pośpiesznie.
- Cytując naszego dobrego znajomego Einsteina: nic naprawdę cennego nie bierze się z ambicji czy poczucia obowiązku Lauro. - Wstał, podszedł do mnie i pochylił się nad moją twarzą.- To co cenne rodzi się z miłości i poświęcenia dla innych ludzi. - Spojrzał mi w oczy. - Przemyśl to - dodał, po czym bez słowa pożegnania, zostawiając mnie samą, ruszył do wyjścia.

środa, 12 marca 2014

Rozdział XVI cz.1



--------------
Z miłością jest jak z kwiatem,
pozwól mu zakwitnąć. 

John Lennon
--------------

ROZDZIAŁ XVI

Patrick.
Zaskoczona rozejrzałam się wokół. Znajdował się tuż nieopodal mnie. Stał nonszalancko oparty o żywopłot okalający budynek biblioteki. Włosy niedbale opadały mu na grafitową marynarkę. Jej na wpół rozchylone poły wraz z niedopiętą białą koszulą dodawały pazura do jego schludnego wizerunku.
Musiałam to przyznać. Uwielbiałam TAKIEGO Patricka. Eleganckiego a zarazem drapieżnego.
Przełknęłam głośno ślinę próbując zdławić charakterystyczne uczucie, jakie zakotłowało się gdzieś głęboko we mnie. Ściśnięte gardło w połączeniu z chmarą motyli. Podekscytowanie. Przyjemne ciepło rozchodzące się falami po ciele.
Feromony? Chemia?
Zauroczenie?
Jedną rękę niedbale wetkniętą miał w kieszeń odpiętej marynarki. W drugiej trzymał bukiecik bladoróżowych eustom, przepasanych koronkową tasiemką.
Przystanęłam próbując jednocześnie zebrać myśli i ubrać je w dowcipną lub po prostu sensowną odpowiedź. Opuściłam głowę, aby nie patrzeć mu w twarz, lecz kątem oka dostrzegałam jego swobodną sylwetkę.
Skrzyżował ręce, kwiaty niedbale zawisły pod jego łokciem. Niezdolna aby spojrzeć mu w oczy, bez reszty oszołomiona, wpatrywałam się w powiewającą w rytmie narzuconym przez późnowiosenną bryzę koronkę.
W końcu podniosłam nieśmiało oczy. Uśmiechnął się przegryzając jednocześnie prowokująco dolną wargę.
- Niebywałe... Czyżby panna Abramowicz nie znalazła odpowiedniej riposty na powitanie? - Cały czas z zagadkowym uśmiechem na twarzy ruszył w moim kierunku. Złapał moje dłonie i przyciągnął do siebie. Pochylił twarz ku mojej.
- Czasem cisza bywa lepsza aniżeli najbardziej cięta z ripost - siliłam się na odpowiednią odpowiedź, ale widok jego swobodnej sylwetki, romantycznych kwiatów w dłoni... rozmarzonego lecz mimo wszystko dojrzałego, pełnego oddania spojrzenia... to wszystko odebrało mi możliwość jasnego wyrażania myśli. Czuć jego bliskość, odczuwać wilgotność oddechu tuż przy twarzy, wdychać ten specyficzny zapach ciepłej skóry.
Tak, to właśnie tego zabrakło mi dzisiaj nad ranem i wprawiło w posępny, pełen podirytowania nastrój.
Rozpędzony rowerzysta ominął nasze sylwetki z agresywnie głośnym dźwiękiem dzwonka. Podmuch wiatru rozwiał nasze włosy. A my staliśmy, zupełnie nieruchomo, jak para zmieszanych nastolatków, tak blisko siebie, jak tylko było to możliwe. Poczułam jak wplata mi we włosy swoją dłoń i przyciąga moją twarz jeszcze bliżej.
- Nie uciekaj przede mną, proszę. Nigdy więcej. - Szepnął dotykając swoimi ustami moich ust. Spokojny ruch jego warg muskał moje usta powodując, że przez mój kręgosłup przetoczyła się lawina subtelnych dreszczy. Poczułam, że i on zadrżał.
Wiatr? Podekscytowanie?
Nie chciałam się nad tym zastanawiać. Nagle nic nie było ważne. Byliśmy po prostu my. Mężczyzna. Kobieta. I nieokreślona więź, która związała nasze sylwetki magiczną siłą.

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział XV



ROZDZIAŁ XV

Delikatny powiew wiatru musnął moją twarz. Przeciągnęłam się niespiesznie, leniwie przecierając oczy. Moja świadomość, nadal otulona mgiełką snu, próbowała odnaleźć się w czasoprzestrzeni mojej sypialni. Która mogła być godzina? Pokój spowijała jeszcze nieprzenikniona ciemność. Usiadłam powoli na łóżku próbując zrzucić z powiek ostatnie skrawki snu i poukładać zaspane myśli. Na wspomnienie ostatniego wieczoru moje ciało ogarnęła nieprzenikniona błogość i miłe uczucie gorąca. Poczułam jak zapłonęły mi policzki. Echa wczorajszych emocji grały mi jeszcze w duszy. Mrugnęłam oczami próbując zlokalizować Patricka.
Usłyszałam stłumiony trzask, jakby zamykających drzwi.   Zapaliłam nocną lampkę. Rozproszone światło rozświetliło pokój obnażając surowy fakt.
Patricka nie było. Poduszka obok mnie była pusta.
Narzuciłam na siebie podomkę i wybiegłam do salonu, który tonął w mroku. Ścianę rozświetliła jasna łuna odjeżdżającego samochodu. Podbiegłam do okna. Znajomy SUV właśnie ruszał.
 Przepełniona goryczą i rozczarowaniem, z trudnością przełknęłam gulę, jaka pojawiła się nieoczekiwanie w moim gardle. Opierając się o ścianę, z nostalgią patrzyłam jak samochód powoli włącza się do ruchu i odjeżdża. W miarę jak czerwone światła oddalały się, czułam, jak ciepłe, pełne rozgoryczenia, żarliwe łzy zaczęły spływać mi po policzkach.
Mieszkanie, z ciepłego, przepełnionego błogością i ukojeniem miejsca, zamieniło się z powrotem w zimne, opustoszałe, zwykłe cztery ściany. Owinęłam ciaśniej pasek podomki próbując się nią ciaśniej okryć. Spojrzałam blado na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Późna godzina nie była jednak wyznacznikiem tego abym była w stanie w spokoju wrócić do łóżka. Sięgnęłam po pilota. Poświata włączonego telewizora nieznacznie oświetliła tonące w mroku pomieszczenie a zachrypnięty głos zawodzący w rockowej balladzie rozpłynął się w powietrzu..
- Niech to szlag... - przeklęłam ciskając gniewnie pilota w kąt pokoju. Axl Rose, który dopiero co towarzyszył nam w sypialni...
Mimo to, nie wyłączyłam programu. Ułożyłam się wygodniej na kanapie i spróbowałam zebrać myśli. Byłam rozdygotana, roztrzęsiona emocjonalnie a jednocześnie usatysfakcjonowana i spełniona.
- Niezły paradoks... - mruknęłam do siebie. Trzeba zrobić porządek z tym niedorzecznym "związkiem"!
- Tak... muszę zrobić z tym porządek - dodałam i rzuciłam się do torebki w poszukiwaniu mojego notesu aby zapisać w nim kolejne wyzwanie do zrealizowania.             Zmarszczyłam brwi, kiedy okazało się, że w torebce nie ma mojego sekretnego zeszytu. Czyżbym zapomniała zabrać go z pracy? Dbałam zawsze, aby był na swoim miejscu, czyli w zamykanej na zamek błyskawiczny przegródce w torebce i ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam był fakt, aby wpadł w niepowołane ręce. Moje plany były na tyle osobiste, śmiałe a czasem bezwstydne, że wolałam aby nikt postronny o nich nie wiedział.
- Cholera...

***

Do biura RenColl wpadłam sporo przed czasem i od razu rzuciłam się do przeglądania biurka i przeczesywania stert dokumentów na półkach. Notesika niestety nie udało mi się znaleźć. Gdzie się do licha mógł podziać? Naprawdę nie płakałabym po jego utracie gdyby nie fakt, że zawarte w nim rzeczy miażdżąco odkrywały moje fantazje i pragnienia. Samo spisywanie ich było dla mnie niezłą zabawą. Ta zabawa jednak mogła skalać mój poukładany wizerunek, czego wolałam uniknąć. Ostatniej rzeczy jakiej pragnęłam to fakt, aby nazwano mnie infantylną dziewczynką, która prowadzi coś na kształt pamiętnika.
- Lauro, przygotuj proszę trzy kawy. - Drzwi mojego biura uchyliły się a w progu ujrzałam wyfiokowaną Katharinę. - Prezes Hackforth zaraz zjawi się u nas w celu zweryfikowania naszego planu marketingowego na najbliższy rok. Pospiesz się - syknęła znacząco i zniknęła za drzwiami.
A więc problemów ciąg dalszy.
Przeczesałam odruchowo włosy starając się zebrać w sobie i stawić godnie czoło prezesowi. Weekend weekendem, ale teraz byliśmy w pracy. Męcząca sytuacja. Ale również intrygująca, trzeba to było przyznać. Wyjęłam szybko butelkę Channel Chance, psiknęłam w powietrze. Przyjemnie ożywiająca mgiełka otuliła moje ciało. Przejechałam rdzawą szminka usta i dziarsko, z bijącym z podekscytowania sercem oraz gardłem ściśniętym rozgoryczeniem z nocnego rozstania z Patrickiem ruszyłam w kierunku pokoju socjalnego.

***

- Dzień dobry - bez cienia wahania powitałam zebranych w pokoju konferencyjnym Katharinę, Gabrielę oraz Patricka. W duchu cieszyłam się, że tym razem mam na sobie swoje, nie za wysokie szpilki. Niesubordynacja ruchowa raczej mi nie groziła.
Patrick, tradycyjnie siedzący tyłem do wejścia, usłyszawszy, że wchodzę, wstał. Odłożyłam sprawnie tacę na stolik. Patrick skłonił się szarmancko w moim kierunku, ujął moją dłoń i złożył na niej kurtuazyjny pocałunek. Jego, przesiąknięty piżmem i cytryną zapach owionął moją twarz powodując, że zmysły ze zdwojoną siłą zareagowały przywołując wspomnienia ostatniego weekendu i nocy, które zdawały się być odległe o całe lata świetlne. Mimo to, przyjemne ciepło zawładnęło każdą moją komórką.
Weź się w garść!
Wdech. Wydech.
Czy nawet tak błaha sprawa jak oddychanie musi wiązać się ze wspomnieniami TEGO typu?
- Dzień dobry mademoiselle Abramowicz. Pokładam nadzieję, że wypoczęła pani i jest pani w pełni sił aby stawić czoło kolejnym, przepełnionym pracą, szarym, korporacyjnym wyzwaniom. - Uśmiechnął się łagodnie wpatrując się we mnie znacząco spod okularów.      Jego spojrzenie, jak zwykle melancholijne, przeszyło mnie na wskroś a głęboki tembr głosu przyjemnie pieścił mój zmysł słuchu. Wiedziałam, że za tym wyznaniem kryje się ewidentne odwołanie do dzisiejszej, wspólnie spędzonej nocy. Spięłam się w sobie i ze wszystkich sił postarałam się zachować zimną krew. Niemniej jednak emocje we mnie buzowały. Pragnęłam z całej siły wykrzyczeć mu w twarz, że nie chcę być zabawką w jego rękach. Że nie życzę sobie aby wpadał i wypadał z mojego mieszkania kiedy mu się to podoba. Że nie chcę być marionetką, która tańczy wtedy kiedy on ma taki kaprys.
- Dzień dobry panie prezesie - odparłam sztywno. - Honoriusz Balzac twierdził, że prawdziwe szczęście jest rzeczą wysiłku, odwagi i pracy. A ja jestem osobą kurczowo trzymającą się ulubionych autorytetów. Zawsze jestem więc przygotowana na ciężką pracę, niezależnie od tego czy jestem wypoczęta czy też nie. - Odstawiłam filiżanki z kawą na stolik. - I proszę mi wierzyć, fakt ten absolutnie nie ma wpływu na jakość mojego zaangażowania. Czasem,  w przypływie złego nastroju, zdarza się tylko jedna lub dwie wylane filiżanki kawy na marynarkę szefa.
Uśmiechnął się rozbawiony. Chyba zrozumiał aluzję?
- Na szczęście jestem przygotowany na to co nieprzewidywalne, hotel w którym się zatrzymałem dysponuje dobrą pralnią a pani dyrektor Brown - zwrócił się znacząco do Kathariny - docenia pani profesjonalizm, który w pełni popieram, mademoiselle.
Katharina uśmiechnęła się wymuszenie. Wiedziałam, że nie znosi tego typu żartów w miejscu pracy a osobowość Patricka mocno przyćmiewa jej autorytet, co niewątpliwie nie było jej w smak.
Wzruszyłam ramionami. Nie zamierzałam dać się przekupić tanim komplementem. Zapytałam więc czy jeszcze czegoś potrzebują i dyskretnie ich opuściłam.

***

- Lauro, rzuciłam ci na biurko korespondencję. Coś jej dzisiaj dużo się nazbierało - zagaiła Anna kiedy wracałam do swojego biura.
- Dzięki. Nie widziałaś gdzieś mojego, małego notesika? Taki biały z wieżą Eiffela? - spytałam przy okazji.
Anna wzruszyła bezradnie ramionami a mi pozostało mieć nadzieję, że zguba odnajdzie się, nie rzucając się w międzyczasie nikomu w oczy.
Rozsiadłam się wygodnie za biurkiem skupiając całą uwagę na zadaniach, jakie musiałam dzisiaj wykonać. Chciałam zdążyć na czas i wyjść odrobinę wcześniej z biura. Dzisiaj rozpoczynały się zajęcia w szkole tantry, na które nie chciałam się spóźnić. Cóż za ironia losu, pomyślałam mimochodem, rozrywając kolejne koperty i sortując korespondencję: zapisałam się do szkoły tantry jednocześnie, zupełnie bezwiednie wplątując się w coś na kształt romansu z tantrykiem. Przewrotne bywają koleje losu...
Sięgnęłam po sporych rozmiarów, płaskie pudełko, które leżało na samym spodzie sterty korespondencji. Rozerwałam gwałtownie szary papier nie spoglądając nawet na adresata. To zapewne zaległe ulotki, jakie należało przekazać na rynek wschodni w celu redystrybucji. Zdjęłam pokrywę pudełka. Pod nim, na samym wierzchu spoczywała delikatna, pozłacana, bibułka.
Zmarszczyłam czoło.
Skądś znałam ten złocisty błysk...
Odsunęłam ostrożnie cienki papierek a moim oczom ukazał się spisany ręką Patricka liścik oraz zwitek delikatnej, mieniącej się w promieniach słońca tkaniny.

Żywię nadzieję, że założysz to na sobotni bal.

                                                           P.H.

P.S. Przepraszam, że dziś zostawiłem Cię bez słowa pożegnania. Nie było to bynajmniej posunięcie godne gentelmana. Wyjaśnię wszystko w porze lunchu.

Wyjaśni w porze lunchu. Oklapłam bezradnie na fotel. Co tu wyjaśniać? Odłożyłam list z powrotem do pudełka. Przejechałam dłońmi po tiulowym materiale, obficie obszytym mieniącymi się drobinkami.
Bale. Suknie. Tajemnice. Czy ja śnię? Czy, niczym Alicja w Krainie Czarów, wpadłam do lisiej norki? Do licha! Mamy XXI wiek. Kto bawi się w jakieś sekretne imprezy na które wymagane są jakieś specjalne wejściówki?
Odłożyłam pudełko na bok starając skupić się na pracy. Nie miałam ochoty wychodzić nigdzie w porze lunchu tym bardziej, że cały czas ciążył na mnie obowiązek zmiany mieszkania, sprzedaży starego, zorganizowania przeprowadzki, dostania kredytu, przygotowania się do egzaminów doktoranckich. Doba zdecydowanie była za krótka. Sięgnęłam szybko za telefon i od razu umówiłam się z kilkoma agentami bankowymi w celu zdobycia jak najlepszej oferty kredytowej. Obiecali do końca tygodnia przedstawić swoje propozycje. W porze lunchu postanowiłam podjechać do najbliższej biblioteki w celu przeszukania ich księgozbioru pod kątem doktoratu.
Pan prezes będzie musiał poczekać.

***

- Dokąd tak się śpieszysz? - zainteresowała się Andrea w chwili, kiedy przebiegałam przez główny hall naciągając na siebie trencz.
- Muszę zdążyć na najbliższy tramwaj. - Ostentacyjnie wskazałam na zegarek na dłoni. - Mam do załatwienia kilka spraw w bibliotece.
- Hej! Zaczekaj! - Andrea wypadła zza kontuaru. Jak zwykle, jej nienaganna aparycja wprawiła mnie w zdumienie. Chciałabym mieć jej klasę i elegancję. - Prezes Hackforth kazał ci przekazać, żebyś skorzystała z jego samochodu. Kierowca czeka już na zewnątrz.
Zmarszczyłam z oburzenia brwi.
Nie. Nie zamierzam uzależniać się od Patricka, jego podwózek, jego propozycji. Mam swoją godność. Znam swoje zasady i zamierzam być im wierna. Seks seksem, jak bardzo wyrafinowany i przyjemny by nie był. Ale ja też potrafię rozdawać karty. Przynajmniej mam taką nadzieję...
- Poradzę sobie Andrea. Nie mam czasu, chciałabym zdążyć i wrócić do dwóch godzin. - Rzuciłam w powietrze i wypadłam szybko z budynku na ulicę. Kątem oka zobaczyłam czarnego SUV'a zaparkowanego przy budynku. Skierowałam się jednak w przeciwną stronę. Szczęście mi dopisało, gdyż akurat podjeżdżał interesujący mnie tramwaj. Wpadłam szybko do środka i z uczuciem nieopisanej ulgi opadłam na najbliższe wolne miejsce.
Serce łomotało mi w piersi. Co się ze mną działo? Nie byłam do końca przekonana czy takim zachowaniem rzeczywiście osiągam to, co chciałam. Poczułam się jak zakochana nastolatka, która celowo próbuje zrobić manewr uniku, a wszystko tylko po to aby udowodnić amantowi, że ma się po co starać.

***

Tramwaj zatrzymał się przy Universitätsstraße wypuszczając  na ulicę grono studentów. Zarzuciłam na ramię torbę i jednocześnie sprawdzając w smartfonie maila od profesora Meinderta z wytycznymi odnośnie bibliografii, ruszyłam za nimi, w stronę głównego budynku biblioteki.
- Czy o kimś pani nie zapomniała, mademoiselle? - z zamyślenia wyrwał mnie znajomy głos.

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział XIV cz. 5



Po chwili jednak spoważniał. Przegryzł moją dolną wargę, nie odwracając wzroku z moich oczu, musnął ją językiem, z jednej kącika, do drugiego. To samo uczynił z górną wargą, tym razem przejechał językiem w przeciwną stronę. Pociągnął mnie do siadu. Sam usiadł po turecku, ze skrzyżowanymi nogami.
- Usiądź tak jak ja - poprosił spoglądając na mnie badawczo.
Posłusznie podkurczyłam nogi do siadu tureckiego. Spojrzałam na niego skupiona, z oczekiwaniem wypisanym na twarzy. Moje ciało pulsowało w rytm przyspieszonego oddechu, który próbowałam zsynchronizować z jego oddechem. Ze wszystkich sił starałam się wyzbyć uczucia wstydu, jakie zaczęło gdzieś w środku we mnie kiełkować. Pozycja jaką kazał mi przyjąć była swobodna lecz jednocześnie bezwstydna.
 Jakby wyczuwając moje chwilowe skrępowanie skupił na moich oczach swoje pożądliwe spojrzenie. Nie potrafiłam odwrócić wzroku. Jego oczy były pełne pasji, romantyzmu, uwielbienia, spokoju. Mieszanka o której marzy większość kobiet. Poczułam się zniewolona. Rozpływałam się pod wpływem tego ciepłego spojrzenia.
Wdech nosem.
Wydech ustami.
Tak.
Nadal nie odwracając ode mnie wzroku dotknął moich dłoni wplatając w nie swoje długie palce. Ciepły dotyk spotęgował tylko namiętność jaka rozpalała się w każdej z komórek mojego ciała.
Nic nie mówiąc nachylił twarz w moim kierunku. Nasze nosy zetknęły się czubkami.
Wspólny wdech.
Drobinki powietrza wypełniły nasze nozdrza, napełniły płuca. Życiodajny tlen połączył się ze wzburzoną krwią.
Wydech ustami.
Ciepły oddech spowił nasze twarze muskając lekko napiętą skórę.
Pogłaskał dłonią mój policzek zmuszając, abym niczym leniwa kotka, położyła głowę w zagłębieniu jego dłoni. Celebracja wzajemnej bliskości. Delektowanie się chwilą intymności, bliskością ciała.
Mruknęłam cicho gdy pod wpływem niespiesznej pieszczoty moje ciało ogarnęła kolejna fala dreszczy. Kobiecość zdawała się pulsować jeszcze bardziej, w rytm wspólnych oddechów, w rytm wspólnych uderzeń serca, w rytm rozgorączkowanej w sensualnym uniesieniu krwi.
Wdech.
Nasze klatki piersiowe uniosły się. Patrick naparł na mnie. Moje nabrzmiałe brodawki musnęły jego twardy tors. Jego skóra przypominała ciepło zachodzącego słońca u schyłku upalnego dnia. Ogarnęła mnie miła błogość.
Wydech.
Nie rozluźniając uścisku dłoni nasze ciała na chwilę odsunęły się od siebie aby za chwilę, z kolejnym głębokim wdechem, znowu złączyć się w pełnym jedności zespoleniu.
Zespoleniu opalizującej skóry. Zespoleniu porywu serc. Zespoleniu żarliwości dusz.
Kiedy nieoczekiwanie Patrick wsunął swoje dłonie pod moje pośladki, przepełniona seksualnym oczekiwaniem drgnęłam. Podciągając mnie do góry zmusił mnie, abym usiadła mu na kolanach. Wtuliłam się w jego rozgrzaną skórę obejmując go mocno nogami w pasie. Jego nabrzmiała męskość przyjemnie drażniła mój wzgórek łonowy.
Stłumiłam gardłowy jęk. Postanowiłam poddać się rytmowi, jaki narzucił Patrick. Nie chciałam uprzedzać ani wymuszać faktów. Nie chciałam przerywać ich zbędnymi słowami.
Byliśmy po prostu my.
Kobieta. Mężczyzna.  
Głęboki wdech.
Sensualny bukiet ambry, piżma i cytryny oplótł moje ciało. Zapach jego ciała powodował, że czułam się bezpiecznie. Tak, jak tylko można poczuć się w domu.
Wydech.
Przyjemnie ciepła mgiełka jego męskiego oddechu musnęła moją twarz. Przymknęłam lekko oczy delektując się ulotnością chwili.
Ujął ponownie moją twarz dłońmi zmuszając abym na niego spojrzała. Światło zapalonej lampki odbijało się zadziornym refleksem w jego pełnego rozmarzenia spojrzeniu. Całymi dłońmi, odgarniając z czoła zabłąkane kosmyki włosów pogłaskał moje policzki.
Wdech.
Poczułam ciepły dotyk jego pewnych dłoni na karku. Słodki dreszcz przetoczył się po moich plecach.
Wydech.
Jego dłonie powędrowały w dół, ścieżką wytyczoną przez wcześniejszy dreszcz. Muskały wygięte plecy, napięte pośladki.
Wdech.
Przytulił swoje czoło do mojego. Czubki naszych nosów zespoliły się w kolejnym pocałunku. Chłonęłam całą sobą jego charakterystyczny męski, odrobinę cytrusowy zapach.
Wydech.
Jego palce odszukały moje piersi. Otwartymi dłońmi zaczął je masować. Koliste ruchy jeszcze bardziej rozgrzewały moje ciało.
Byliśmy dążącymi do zjednoczenia swojej cielesności. Niczym Ying i Yang.
Wdech.
Instynktownie odrzuciłam głowę do tyłu. Podpierając się rękami o łóżko wygięłam się do tyłu aby w pełni delektować się słodyczą pieszczoty.
Głęboki wydech.
Patrick zgrabnie przeniósł dłonie na mój brzuch i ponownie wsunął je pod pośladki. Uniósł mnie i naprowadził na swojego wyczekującego penisa.
Wdech.
O tak!
Głęboki, pełen ulgi wdech.
Rozkoszne, odrobinę bolesne, lecz bardzo przyjemne uczucie pełności uderzyło mi do głowy.
Wydech.
Napędzana siłą grawitacji, chęcią dania i brania przyjemności, oczekiwaniem spełnienia powoli opadłam w dół.
Wdech.
Zjednoczeni. Połączeni. Pełni akceptacji dla swoich rozpalonych ciał. Pełni niewypowiedzianej akceptacji dla odległych światów, jakie reprezentowaliśmy.
Wydech.
Scaleni w zamkniętym wszechświecie swojej cielesności.
Wdech.
Wygimnastykowane dłonie Patricka podciągnęły mnie ponownie w górę. Moje zrelaksowane ciało zdawało się idealnie dopasować do ciała partnera.  
Wydech.
Moje roztańczone biodra balansowały w poszukiwaniu odpowiedniego rytmu, w poszukiwaniu tak wyczekiwanego uniesienia.
Wdech.
Odnaleźliśmy niespieszny rytm naszego świętego tańca.
Wdech.
Uniesienie w górę.
Wydech.
Opadnięcie w dół.
Wdech.
Muśnięcie piersi.
Wydech.
Woal pełnego słodyczy powietrza.
Wdech.
Wyzwolenie pasji.
Wydech.
Intymny taniec miłości.
Wdech.
Intymna afirmacja życia.
Wdech nosem.
Uniesienie w górę.
Wydech ustami.
Opadnięcie w dół.
Ukołysani tylko nam znanym rytmem. Zatopieni w zmysłowości chwili. Otuleni erotycznym zapachem. Czerpiący przyjemność z zespolenia.
Głęboki, powolny wdech.
Spokojne uniesienie w górę.
Długi wydech.
Wolne opadnięcie w dół.
Spełnienie nadeszło nieoczekiwanie, wyzwolone naszym wspólnym westchnieniem. Westchnieniem przepełnionym euforycznym szczęściem.
Przetaczało się błogimi falami po każdym atomie naszych ciał. Kołysało nas w błogiej nirwanie. Wyzwalało uśpioną moc ekstatycznych doznań, po czym z impetem uderzyło do głów. Przepełnione ekstazą dreszcze przeszywały nasze splecione ciała raz za razem aby w końcu pozwolić im bezwładnie opaść w miłosnym uścisku. Aby pozwolić im dać ukojenie. Aby pozwolić im zapaść w bezwładny, pełen zadowolenia trans.
Aby pozwolić im zasnąć.